Sklep internetowy PPOŻ
Kolejny ciekawy case study w bardzo specyficznej jak dla nas branży czyli PPOŻ. Człowiek myśli że już wszystko kupił przez internet i w tym momencie wjeżdża Rafał, właściciel firmy z kultowym czerwonym hydrantem który ma w ofercie. I żeby niebyło tak landrynkowo jak ktoś może sobie pomyśleć po przeczytaniu innych opisów z case study, dla […]
Kolejny ciekawy case study w bardzo specyficznej jak dla nas branży czyli PPOŻ. Człowiek myśli że już wszystko kupił przez internet i w tym momencie wjeżdża Rafał, właściciel firmy z kultowym czerwonym hydrantem który ma w ofercie.
I żeby niebyło tak landrynkowo jak ktoś może sobie pomyśleć po przeczytaniu innych opisów z case study, dla mnie osobiście ten opis to będzie bardziej fuckup story, ale z happy endem.
Kuba czyli „prawa ręka” Rafała (współwłaściciela firmy) podszedł do mnie po wykładzie który robiłem na MBA na Uczelni Asbiro. Opisał jak wygląda sytuacja z ich ecommercem no i że w zasadzie nie działa tak jak by chcieli. Trudno się dziwić, kilka czy kilkanaście paczek w tygodniu to faktycznie średnio zadowalająca liczba.
Współpraca miała być na zasadzie czysto consultingowa, korzystając z mojej wiedzy i doświadczenia, zespół miał wdrażać wyznaczone przeze mnie zmiany.
Audyt – o Panie
W przypadku ecommerce, pierwszą rzeczą którą robimy to oczywiście audyt. Naturalna rzecz chyba 99% firm z naszej branży tak robi. Audyt też jest wyznacznikiem do estymacji mniej więcej ilości pracy i w jakim okresie będzie klarować się współpraca.
Audyt sklepu hydronetka miał ponad 300 punktów do poprawy z czego ponad 120 krytycznych.
Dotychczas najgorszy sklep z jakim przyszło nam współpracować ledwo dobił do 100 pkt ogółem.
Mimo wszystko po audycie zaplanowaliśmy działania i tyle…

Wiemy co, nie ma kim
Oczywiście sklep postawiony był na słynnym już silniku Prestashop którego w zasadzie nikt w firmie nie umiał obsługiwać. Czasem coś się udało zmodyfikować ale strach było cokolwiek ruszać bo cały sklep mógł rozsypać się jak domek z kart. Firma posiadała zaplecze w postaci „presta ogarniacza” na zlecenie, który niestety często gęsto był poza zasięgiem kogokolwiek. Dodatkowo został oddelegowany jeden pracownik, który miał ogarniać zadania związane ze sklepem w tzw. międzyczasie
Call za call’em nowe ustalenia, kolejne punkty z audytu do ogarnięcia. W pewnym momencie istniała obawa że zabraknie nam tablic w Trello, bo w darmowym planie. Karty świeciły na czerwono niczym choinka. Najstarsze zaległe zadania miały po 3 miesiące. Z każdym kolejnym spotkanie wpadały
Wstrzymanie współpracy
W pewnym momencie frustracja dopadła już chyba wszystkich. No może poza „presta ogarniaczem” który dalej miał „wy..bane”, ale mogę się mylić bo w sumie nie dane mi było go poznać.
Zdzwoniliśmy się stwierdziliśmy wspólnie że w takiej formie to raczej nie ma sensu i temat zawieszamy. Spotkaliśmy się ponownie po bodajże miesiącu lub dwóch face to face i ponownie przedyskutowaliśmy temat. W tym czasie w firmie działo się dużo. Przeprowadzki, zwolnienie, nowi ludzie na pokładzie teraz to musiało się udać.
Wszystkiego winne narzędzia
Wina za niepowodzenie pierwszego podejścia spadła na Trello i jego głupie deadlajny, więc ochoczo wszyscy przerzuciliśmy się na Clickup’a. No i ruszyło. Kolejne spotkanie, większe grono. Nowy presta ogarniacz który tym razem zaszczycił nas swoją obecnością. Kilka kroków do przodu i braliśmy rozbieg i znowu zdechło. Tym razem podziękowaliśmy sobie za współpracę ostatecznie.
Coś w ogóle się udało?
Jak najbardziej tak. Była to trochę droga przez mękę i sporo frustracji ale myślę że z 300 punktów 30 ogarnęliśmy prawie idealnie. Przede wszystkim ruszył blog, gdy na pokładzie pojawiła się nowa osoba. Co prawda patrząc na obecny stan sklepu wydaje się że został on ponownie porzucony w trakcie budowy, no ale jakby to już nie moje zmartwienie.

Jaki z tego morał?
Sklep nie był głównym przychodem w firmie. W zasadzie stanowił marginalny udział. Nie było więc wystarczającej presji i zaangażowania na realizacje zadań które mnożyły się niczym króliki. Jeżeli chcesz na poważenie handlować w internecie w dzisiejszych czasach to nie możesz robić tego w „międzyczasie”. Doskonale widać to po konkurencji, którą chcieliśmy gonić, a przegraliśmy w przedbiegach.
Dla mnie to również nauka odmawiania współpracy. Tak tego też trzeba się nauczyć. Niestety tej wiedzy zabrakło mi na początku współpracy.
Czy to jedyny fuckup jaki nam się przydarzył? Nie były jeszcze jeden, ale jest tak kuriozalny, że nie wiem czy umiałbym go opisać słowem pisanym.
Bezpłatna konsultacja (25 min)
Wybierz dogodny termin rozmowy z Michałem